Szczotka do kąpieli to za mało, aby usunąć warstwę poniżenia i brudu, jaka pokryła moje ciało czwartkowego, oraz dzisiejszego popołudnia. Powinienem udać się pod wrzący prysznic, którego kojąca umęczone ciało temperatura, połączona z mocą ścierną szczotki ryżowej, przywróciłaby przynajmniej pozory fizycznej normalności. Po raz kolejny w swoim życiu poczułem się jak ostatnia szmata, na która pomyje wylewa cała masa szmat zasiadających na wyższych szczeblach szmacianej drabiny. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że owego odarcia z człowieczeństwa doznałem częściowo z własnej woli. Ale to rodzaj koniecznego masochizmu, jeśli chce się podróżować po Polsce.
Aby w pełni zrozumieć moją wkurwo-frustracje należy cofnąć się w czasie do czwartku i przenieść na krakowski główny dworzec PKP. Jebane opady pseudo śniegu, które zaskoczyły chyba wszystkich z bogiem włącznie stanowiły idealne tło do dramatu, jaki miał rozgrywać się przez następne 2,5 godziny.
Zakupiłem bilet na pospieszny, jak się później okazało, na pociąg z wagonem(a może wagonami) bydlęcym w klimacie „zsyłają nas na Syberie”. Jednak zanim przekroczyłem pierwszy z kręgów piekła, musiałem odstać swoje 40 minut w jego przedsionku, jakim był obleśny peron nr 2, pokryty warstwą brudu niewiadomego pochodzenia. Chociaż hordy bezdomnych zapewne miałyby coś do powiedzenia w tej kwestii. Internetowy rozkład jazdy, był sprzymierzeńcem chujowości tamtego dnia, wskazał błędną godzinę odjazdu mojego składu, dzięki czemu zyskałem dodatkowe 25 minut na delektowanie się papierosami w uroczej sypialnio-palarni. Jej stałych lokatorów zastąpili ludzie, w tym grupa kolejarzy wymieniająca uwagi na temat środowych opóźnień pociągów, zupełnie jakby zlodowacenie rozpierdoliło tory i stanęło na przeszkodzie największej parodii transportu szynowego w dziejach świata.
Bełkoczący pan zapowiadacz gubił się w swoich formułkach i przynudzając, niczym klecha odpierdalający dziesiątą danego dnia msze, informując ofiary o kolejnych opóźnieniach. O 10 minutowym poślizgu mojego pociągu dowiedziałem się dopiero 2 minuty przed planowym przyjazdem. Czyżby jakaś anielica stanęła na torach i widokiem swojej gigantycznej cipy wprawiła w osłupienie lokomotywę? Byłby to jedyny skład tamtego dnia, który nie dojechał na czas nie z powodu pogody. Ostatecznie w ramach popołudniowej gimnastyki kapo- zapowiadacz zarządził marszobieg na peron 3, ze względu na „wyjątkową zmianę miejsca odjazdu”. Takich kurwa wyjątków wyjętych z chuja, w ciągu ostatniego roku doświadczałem regularnie.
Wejście przez orzygane drzwi do wagonu i poszukiwanie przedziału nie trwało długo, aczkolwiek ilość chorób z jakimi się w tym czasie zetknąłem wyrżnęłaby w pień niejedno indiańskie plemię. Wygląd przedziału przywiał do mojej głowy najbardziej chore myśli. Pomijając fakt, że wszystko było upierdolone jak stół w TVN-ie, gdyż to stanowi już polską „normę”. Siedzenia wyglądały, jakby przez ostatni rok służyły za pufy, dla jebanych kaszalotów, a wszelkie elementy metalowe wygiąć mogła jedynie temperatura stopionego żelaza, gdyż nawet dresiarska myśl destrukcyjna nie opanowała takich technik odkształcania metalu. Opanowała jednak urywanie „stolików”, które zwisały smutno niczym kutas 80 letniego impotenta. Wisienkę na tym metaforycznym torcie stanowiła „awaria” ogrzewania, dzięki której zyskałem darmową muzykę w postaci stukotu własnych zębów.
Dzisiejszy powrót do Krakowa przebiegał w podobnych okolicznościach, aczkolwiek na swoim miejscu znajdowały się stoliki, kanapa nie została zdeformowana, a wagon nie uświadczył jeszcze obecności domowego pieca hutniczego. Zrezygnowano również z przemianowania składu na szynową chłodnię do przewozu ludzi. „Niespodziankę” stanowiła latryna, zwyczajowo pozbawiona wody, chociaż papieru w postaci ręczników nie brakowało. W okolicach umywalki leżało coś co zapewne kiedyś pełniło funkcję mydła, niestety ząb czasu w połączeniu z kilogramem włosów i brudu, nadał nowy sens istnieniu tej rzeczy, teraz to modern kurwa art. Mogą walić się na cyce wszyscy „artyści” srający po płótnach i nazywający to sztuką, PKP kładzie was na łopatki swoimi „instalacjami”. Pozostało mi skierować strumień moczu na skorodowany i zamalowany białą farbą klop i jak najszybciej powrócić do przedziału.
Ta podwójna rozkosz kosztowała mnie ponad 40zł, niestety tym razem szambo goryczy przeciekło i objawia się światu w postaci tego tekstu. Dręczy mnie kilka pytań, na które zapewne nie ma innej odpowiedzi niż „trzeba rozpierdolić PKP w stylu Polański i odbyt 13-latki”, ale i tak czuje potrzebę ich zadania.
1. Dlaczego w jebanych pociągach istnieje tylko jeden tryb ogrzewania o nazwie „topimy podeszwy butów”, bądź też „sauna dla każdego”? 2. Dlaczego na dworcu Kraków- Płaszów jakiś pojeb ustawił perony z numeracją 1-3-2, czy ma to ukazać wyjątkowość tego miejsca, której nie jestem świadom? Kolejnym przykładem na „wyjątkowość” Płaszowa jest brak toalet na terenie dworca, chyba, że za takowe uznać okoliczne krzaki i przestrzenie między budynkami. 3. Dlaczego jakiś skurwysyn w okresach, w których obłożenie pociągu ludzkim mięsem przebija transporty do Auschwitz, nie zdecyduje się na doczepienie dodatkowych wagonów, bądź wprowadzenie kolejnych składów? 4. Dlaczego ceny biletów nie stanowią nawet minimalnie racjonalnego wytłumaczenia tego, co napotka każdy pasażer decydujący się na podróż z PKP?
Jebać to, można tak pytać bez końca, i zastanawiać się jak wyleczyć chorą kolej. Ale dla tej szmaty naprawdę nie ma ratunku, bądź też takowa pomoc stoi w opozycji do czyichś interesów.
Dla odmiany na północy Polski działa prywatny przewoźnik, o którym informacje znajdziecie na tej stronie internetowej; http://www.arrivapcc.pl/ Miałem przyjemność korzystania z jego usług, przy nim PKP wygląda jak pobita bułgarska tirówka porównywana do luksusowej dziwki. Nie spotkałem tam warstwy brudu na szybie, która chroni przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym, wszystko było czyste, a zakończenie podróży nie polegało na paleniu ubrań i goleniu włosów, bądź szukaniu kogoś kto wyiska ze mnie wszy. Zarówno ceny jak i rozkład jazdy są dostosowane do potrzeb ludzi, a wagony nie przypominają pojazdów 4 klasy, jakie spotykano w XIX wiecznej Wielkiej Brytanii.
Ciekawe jestem ile jeszcze lat trwać będzie sytuacja, w której podróżni zmuszeni będą do korzystania z pociągów i infrastruktury, której stan i wygląd są potwarzą nawet dla bezdomnych koczujących w kanałach ciepłowniczych? Oby jak najkrócej, bo słuchanie bajeczek o „unowocześnianiu” torowisk i odnawianiu składów przestaje być zabawne. Dzięki takim „inwestycjom” zmniejszamy dystans do reszty świata i odrobić musimy już nie 100, a 99 lat.
Przez ponad jedenaście miesięcy obywał się ten blog bez nawożenia go płodami mojej głowy, i stopniowo odchodził w zapomnienie do tego stopnia, że najbardziej ortodoksyjni ateiści prędzej uznaliby boskość tego, co zostało z księdza Popiełuszki po spotkaniu z Piotrowskim i jego wesołą ekipą. Jednak nie będzie to wpis o rocznicy śmierci kapłana, którego zabawy z polityką doprowadziły prosto w zimne wody Wisły utrzymywane przez włocławską tamę.
Bezpośrednia przyczyna dla której postanowiłem ożywić tą martwą sukę stała się wiadomość, jaką moim oczom objawił wczoraj bóg Onet. Ludzka głupota i hipokryzja w najczystszej postaci, wprost prosząca się o garść bluzg będących równoważnią dla okołoseksualnych fantazji jednego z posłów SLD.
Poseł SLD, prof. Tadeusz Iwiński złożył w Biurze Analiz Sejmowych wniosek o zbadanie konstytucyjności zakazu stosowania symboli komunistycznych, który niedawno uchwalił Sejm – dowiedział się portal tvp.info. Jego zdaniem, zakaz rozpowszechniania m.in. koszulek z sierpem i młotem i wizerunkiem Che Guevary "czyni z Polski ciemnogród" i może godzić w konstytucyjne prawa obywatelskie.
Zastanawiam się, czy biuro skupiające miłośniczki analu imieniem Iza, w odpowiedzi na wniosek posła skieruje go na badania, oraz leczenie psychiatryczne z lewatywą i elektrowstrząsami włącznie. Od człowieka legitymującego się tytułem profesora, oczekiwałem czegoś więcej niż bełkotu na poziomie odzianej w chińską arafatkę 15-latki, wieszczącej walkę z korporacjami, imperializmem, oraz bojkot olimpiady w Tybecie. Niestety jak to w życiu bywa, zostałem natychmiast sprowadzony na ziemię z delikatnością jaka cechuje aktorów porno katujących gardła swoich filmowych partnerek.
Poprawka do Kodeksu karnego, uchwalona pod koniec września przez Sejm, przewiduje dwa lata więzienia za produkcję i sprzedaż przedmiotów z symbolami komunistycznymi. Wejdzie w życie, jeśli poprze ją jeszcze Senat, a nowelizację kodeksu karnego podpisze prezydent.
W związku z panującym regresem intelektualnym, nie powinniśmy oczekiwać od społeczeństwa nawet śladowej wiedzy historycznej i świadomości, że nie tylko pewien austriacki kapral był tym złym. Bezpieczniejsze jest odgórne tworzenie zakazów w trosce o resztki normalności, i osad będący pozostałością mózgu, jaki zalega w wielu czaszkach tego kraju.
SLD nie ma w Senacie ani jednego przedstawiciela, ale prof. Iwiński zamówił ekspertyzę, która ma przekonać senatorów do odrzucenia przepisu. – Nie znam innego kraju europejskiego, w którym funkcjonowałoby takie kuriozum. Za to w wielu europejskich państwach funkcjonują partie komunistyczne – mówi poseł Iwiński. – W dodatku nie sprecyzowano, co dokładnie jest symbolem komunistycznym. Czy oznacza to, że dwa lata więzienia grożą za noszenie koszulki z Che Guevarą albo sprzedaż dzieł Marksa? – pyta poseł.
Chyba pierwszy raz podziękuje Trygławowi, za fakt, że SLD nie stanowi przeciwwagi dla reszty areny politycznej. Jest to przynajmniej minimalną zaporę dla poronionego pomysłu profesora Tadeusza. Profesorze, jeśli chodzi o kurioza, to poza zakazem oddawania hołdu mordercy, oraz całej zbrodniczej machinie, występuje w nieszczęsnej Polsce także wiele innych patologii. PZPN, sejm w obecnym składzie i kształcie, relacje polsko-watykańskie…. Prędzej zdechnę niż wymienię wszystkie z nich. To naprawdę smutne, że nie posiadamy własnej partii komunistycznej, oraz faszystowskiej(tak dla równowagi), przecież pogromy mniejszości, i zamachy na najbogatszych obywateli stanowiłyby cudowną odskocznie od rzeczywistości, która z dnia na dzień dzięki takim „geniuszom” jak nasi posłowie staje się absurdalnie szara. Jeśli chodzi o cenzurowanie książek Lenina, Marksa, oraz całej tej hołoty, jestem oczywiście jak najbardziej przeciwko, warto na własne oczy zobaczyć jak pokurwionych pomysłów chcą bronić niektórzy. Ale idiotów paradujących publicznie z podobiznami Che, bądź Lenina, lub dla „odmiany” z czerwoną gwiazdą, zamknąłbym w jednym miejscu z wszechpojebami i ekstremalną prawicą, jako przykład na ekstremalne odstępstwa od toku ewolucji.
Jego zdaniem, wcześniejsze brzmienie przepisów, zmienionych niedawno przez Sejm, było lepsze. Nie było tam mowy o komunizmie, a jedynie o "faszystowskim lub innym totalitarnym ustroju państwa". Prof. Iwiński uważa, że zmiana prawa czyni z Polski "ciemnogród", a poseł PiS Stanisław Pięta, który ma posiedzeniu sejmowej komisji wprowadził poprawkę do kodeksu jest "prowincjuszem" i "dyletantem w dziedzinie historii".
Oddaje ciepły mocz na Jurka Marka za pielgrzymowanie do mordercy Pinocheta i bicie mu pokłonów, w towarzystwie innych zacnych osobistości chlewu, jakim jest polska scena polityczna. Taki sam strumień należy się także każdemu, kto twierdzi, że komunizm(w praktyce) nie jest przynajmniej równy, jeśli nie gorszy od inicjatywy Hitlera.
Prof. Tadeusz Iwiński to nie jedyny polityk lewicy, który krytykuje zakaz produkcji przedmiotów z symbolami komunistycznymi. Kilka dni po uchwaleniu tego przepisu na antenie TVP Info dziennikarz Igor Zalewski pytał byłego premiera Leszka Millera o jego stosunek do ostatnich poprawek Sejmu do Kodeksu karnego. – W demokracji każdy może zostać posłem, także byle kto. To dowód na to, czym polski Sejm, sprawiedliwie mówiąc, prawica sejmowa się zajmuje – powiedział były premier, po czym obrażony opuścił studio - informuje tvp.info.
To prawda, posłami zazwyczaj zostają „byleludzie” i później korzystając ze swoich praw publicznie pierdolą byle co. Niestety w opozycji do nich stoją ćwierćinteligenci prezentujący ten sam poziom głupoty, różniący się jedynie tym, że odchyla się on w prawo.
W całej tej historii najsmutniejszy jest jej morał, a właściwie jego brak. Media kierując się poziomem odbiorców wolą zaserwować im kolejną dawkę „tańca z pizdami”, oraz kurs mycia rączek u Rysia z „Klanu”. Przecież i tak większość nie miałaby pojęcia gdzie znajduje się problem, w gruncie rzeczy niektóre gatunki ludobójstwa na absurdalną skale są fajne, a także inspirujące. Wszak koszulki ze swastyką, czy podobizną Adolfą, pomijając specyficzne subkultury, są raczej passe, a zarośnięta morda Guevary to namacalny dowód naszej niezależności i indywidualizmu, bo kto by się przejmował takimi błahostkami jak obnażanie własnej ignorancji.
Święto trupów 2008 jest już historią i poza kolejnym
rekordem, napierdolonych(zapewne w celu lepszego kontaktu z bogiem) kierowców,
a także ofiar wypadków, przynajmniej dla rzeszowskiego oddziału GW przyniosło
niesamowity „skandal”. Wszystko wyjaśni lektura poniższego tekstu, który
przynajmniej według mnie idealnie wpisuje się w bezmiar denności regionalnego
dodatku „Gazety”:
Świeży popcorn, watę cukrową,
cukierki i prażone orzeszki można było w niedzielę kupić - nie, nie w holu kina
Helios - ale pod boczną bramą cmentarza na rzeszowskiej Wilkowyi
Skandal niczym w „Fakcie”, po takim wstępie każdy ma ochotę
brnąć w kolejne zdania artykułu i nawet na siłę wywoływać obruszenie tym
„haniebnym” incydentem.
- A dlaczego nie?
Dzieci nudzą się na cmentarzu, a tak mają atrakcję - reaguje na moje zdziwienie
kobieta stojąca przy maszynie do popcornu. I rzeczywiście, wydawało się, że
odpustowe stoiska ze słodyczami wcale nie zwracają uwagi tłumu wlewającego się
nieprzerwanym strumieniem do cmentarnej bramy, mieszczącej się od strony ul.
Polnej. Tylko niektórzy głośno wyrażali wątpliwości. - Czy to powrót do
starosłowiańskiego obrzędu dziadów? Kiedy? w Zaduszki dusze goszczono kaszą i
jajkami. Dziś będziemy sypać na groby popcorn? - ironizował jeden z
przechodniów.
Skoro dzieci nudzą się na cmentarzu, można na tej podstawie
wyciągnąć dwa banalne wnioski:
Nie rozumieją
34962,5880256,o co chodzi w dorocznej inwazji milionów Polaków na
najlepiej nawożoną glebę na świecie.
Nie
mają wystarczająco spranych mózgów i wizje piekielnych cierpień nie
wywołują w nich potrzeby dbania o dusze gnijących krewnych.
Widać również typowo polskie podejście, wg którego jeśli coś
istnieje, oznacza to metafizyczny przymus w wykorzystywaniu takiego stanu
rzeczy. Tym samym przynajmniej jeden grób został upierdolony popcornem przez
króla ironii.
Sprzedawcy nie są
chętni do rozmów. - Jest zapotrzebowanie, to sprzedajemy - ucina krótko jeden z
handlujących słodyczami. Zapotrzebowanie jednak było niewielkie, choć przy
orzeszkach prażonych i cukierkach i tak zatrzymywało się więcej osób niż przy
stoliku, gdzie ksiądz zapisywał wypominki.
Uderzenie w czułe miejsce, które natychmiast powoduje
obudzenie się prymitywnej, odpustowej religijności, oraz eksplozje niesmaku z
powodu porażki „boskich” sług w starciu ze straganiarzem. Toż to kurwa skandal
na miarę posiekania niczym marchwi „patrioty” i świętego kościoła katolskiego,
biskupa Stanisława.
Czy miasto wydało
pozwolenie na taki handel? Okazuje się, że wcale nie musiało. Miejska
Administracja Targowisk i Parkingów wyznacza tylko miejsca, w których można
handlować, ale nie ustala asortymentu. - Ustawa o swobodzie działalności
gospodarczej nie zabrania handlować pod cmentarzami niczym innym poza
chryzantemami i zniczami - wyjaśnia Grażyna Kalandyk, dyrektorka Biura
Ewidencji Działalności Gospodarczej i Zezwoleń w rzeszowskim urzędzie miasta.
Ciekawe ile trupów wyraziło oburzenie tym, ze ktoś nawiedza
ich legowiska z żołądkiem pełnym prażonej kukurydzy, czy waty cukrowej. Nie zdziwmy się, jeśli tej nocy hordy nieumarłych powstaną z
grobów, a filmy Roba Zombie staną się ciałem i zniszczą ludzką cywilizacje.
Wiesław Jurek,
dyrektor MATiP-u, nie przypomina sobie, żeby dodatkowe miejsca na handel były
wyznaczone przy bocznej bramie cmentarza na Wilkowyi. - Handel w tym miejscu
prawdopodobnie odbywał się bez zezwolenia. Kto by się zresztą odważył w rubryce
asortymentu wpisać sprzedawanie waty cukrowej pod cmentarzem? Mnie by się nawet
jeść tego nie chciało - dziwi się dyrektor Jurek. - Gdybym o tym wiedział,
zaraz zadzwoniłbym do moich pracowników, żeby sprowadzili tam straż miejską.
Mieliśmy w ten weekend pełne ręce roboty, dwóch pracowników zachorowało, mogli
więc nie dotrzeć do wszystkich miejsc, gdzie odbywał się handel - tłumaczy szef
MATiP-u.
Jeśli taką samokrytykę składa się po interwencji autorki
tekstów o poziomie niusu nt orgazmów Dody, sugerowałbym leczenie
psychiatryczne. Zapewne watę cukrowa w rubryce asortyment umieściłaby osoba,
która chciałaby ją sprzedawać. Zastanawiam się teraz, co stanowi większy problem, handel
w niedozwolonym miejscu, czy asortyment, jaki oferowano zainteresowanym
ludziom?? Dziwkę w kagańcu na to, że chodzi o popcorn!!
- Wata cukrowa i
orzeszki przed cmentarzem? - nie może uwierzyć ksiądz Jan Szczupak, kanclerz
Kurii Diecezjalnej w Rzeszowie. - Trudno mi się wypowiadać, bo ja czego?
takiego nie widziałem, ale uważam, że to nie w porządku, to nie jest zgodne z
naszą chrześcijańską tradycją. Handel zniczami to co innego, ale popcorn?
Ludzie chcą robić interes na każdym kroku, nie bacząc na nic - komentuje. - Nie
wiedziałem o tym, może w przyszłym roku uda się w porę zainterweniować, aby nie
było tego typu handlu przy cmentarzach - dodaje kanclerz.
I najbardziej rynsztokowa, ociekająca hipokryzją część
tekstu. Człowiek z instytucji, która oferowała możliwość wykupienia się od grzechów
trawiących słabe ludzkie dusze, a obecnie za sprawą guseł, znanymi tylko sobie
kanałami, ułatwia pośmiertny byt każdemu, za kogo wniesiona zostanie opłata. To jest twoja chrześcijańska tradycja klecho i możesz ją
sobie kultywować na przyparafialnym cmentarzu, ale wypierdalaj od miejsca gdzie
kończą swoje życie nie tylko wyznawcy boskości syna zgwałconej przez anioła
Żydówki. Lepiej zastanów się jak wykombinować np. łeb Wojtyły i zbierać datki
za możliwość dotknięcia tej „relikwii”, wszak tego rodzaju działalność jest jak
najbardziej moralna i godna pochwały.
Ostatni akapit artykuły ponownie pokazuje, jakim zadupiem
jest Rzeszów, ale również cały kraj. Zapewne w swoim jedynym życiu nie doczekam
chwili, w której ludzie przestaną wpierdalać się z ujebanymi gnojem butami w sprawy
innych. Może wypadałoby napisać o hienach z Caritasu wyłudzających pieniądze,
które później giną w bezdennych kasach kleru umożliwiając mu dalsze
degenerowanie tego wystarczająco chorego kraju. Albo o wyrzekających się popędu
płciowego seminarzystach zbierających zapisy i datki na „wypominki”…
Ciekawe, czy kiedy już zejdę z tego świata, będzie możliwa
realizacja mojej ostatniej woli w postaci wyjebania kilku flaszek wódki nad
moją trumną i wspominania, jakim dewiantem byłem podczas swojego życia?? Zapewne
nie, ponieważ jedyną dopuszczalną formą pamięci o nieżyjących jest przynoszenie
na ich groby roślin i zniczy, oraz bełkotanie zaklęć do krwawego bóstwa…
Media usilnie starają się zainteresować mnie amerykańskimi
wyborami, a ja mam je głęboko w dupie. Na szczęście po wielu dniach ciszy na
oceanie miętusowych zainteresowań, pojawiła się burza. Chociaż pewne
podobieństwo do USA występuje, pojedynek czarnego z białym.
Nie tak dawno wszyscy opłakiwaliśmy zejście bożyszcza
polskich dziwek, niezrównanego jebaki Simona M. Świat nie rozumiał, że owy
człowiek chciał jedynie wyleczyć się ze swojej choroby, a z racji swojego
egzotycznego wyglądu, miał łatwy dostęp do zasobów świeżych otworów, jakie
przed białymi śmiertelnikami często zasłaniają nogi. Jednak w wypadku Simona, ten problem znikał, gdyż panujące w
pewnych kręgach zamiłowanie do mężczyzn o smagłej skórze, powoduje bezwarunkowy
odruch w postaci absurdalnego podniecenia i istnego monsunu soków pochwowych.
Jeśli prawdą jest, że Simon w swoich podbojach stosował
bajeczkę o swoim losie uchodźcy politycznego, to trzeba przyznać, że zachował
się fair w stosunku do białych konkurentów, ponieważ mógł równie dobrze
wyciągnąć najcięższy i największy(dosłownie) argument w postaci murzyńskiego
kutasa. Poza gnijącym gdzieś w ziemi ścierwem, zapewniającym urodzaj
roślin wszelakich, Simon zostawił nam w spadku jeszcze jedną rzecz. Jest to
wyzwanie rzucone każdemu nosicielowi wirusa HIV, polegające na śrubowaniu
rekordu zarażonych kretynek. Do wczoraj nie istniał żaden poważny kandydat,
który mógłby obalić afrykańskiego wodza. Ale dnia 3 listopada AD 2008 pojawił
się On; Wiesław S. we własnej osobie.
Trzeba przyznać, że poza swojskim imieniem, Wiesiek jest
posiadaczem mordy, która z jednej strony pozwala nam utożsamiać go z połową
męskich mieszkańców kraju, a z drugiej rozpala nadzieje w sercach odrzuconych,
oszpeconych i zdeformowanych. Boguś Linda na pytanie, czy on na pewno jest
Polakiem odpowiedziałby klasycznym; „a z takim ryjem, to kim on może
być..yhhh..yhhhhhh.. Tajem??”
A teraz przejdźmy do oficjalnych informacji na temat
Wiesława, z którymi może zapoznać się przeciętny mieszkaniec naszego kraju:
Kilkadziesiąt kobiet mogło paść
ofiarą mężczyzny, który świadomie zarażał je wirusem HIV- poinformowała
krakowska prokuratura. Wśród ofiar jest 15 - letnia dziewczyna. Zatrzymany w
Krakowie 47 - latek był wcześniej oskarżony o usiłowanie zabójstwa.
Nie pamiętam
wyniku murzyna, ale Wiesiu zdradza predyspozycje na nowego lidera klasyfikacji.
Jeszcze ta ciasna 15, która użyczyła mu swej nastoletniej piczy, stanowi
prawdziwą perłę w koronie.
Mężczyzna kontaktował się ze swoimi ofiarami przez
internet. Umawiał się z nimi w różnych miejscach w całej Polsce. Wśród ofiar
była także 15 - letnia dziewczyna. Nastolatka uciekła z domu i spotykała się z
mężczyzną. Badania mają ustalić, czy dziewczyna także została zarażona.
Boże, gdybyś
istniał, błagałbym cię na kolanach, aby również 15 szlag trafił. Jeśli ktoś
przejawia zainteresowanie pierdoleniem się z czymś takim jak Wiesław, dodatkowo
poznanym w internecie, zasługują na jedyną drogę, jaką przewiduje w takim
wypadku ewolucja- zagładę.
Wiesław S. został tymczasowo aresztowany. Na
komputerze mężczyzny znaleziono dziesiątki adresów kobiet z całej Polski, z
którymi utrzymywał kontakty seksualne. Nie wiadomo, czy kobiety zostały
zarażone. Policja stara się do nich dotrzeć. Zakres zarzutów może się
zwiększyć.
A ludzie bali
się listy Wildsteina. Teraz każdy facet w Polsce zastanawia się przynajmniej
przez kilka sekund, czy jego partnerka nie wspominała kiedyś o jakimś
sympatycznym eks imieniem „Wiesław”.
Krakowska prokuratura postawiła mu zarzut narażenia
drugiej osoby na bezpośrednie niebezpieczeństwo zarażenia wirusem HIV -
poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krakowie Bogusława
Marcinkowska. - Nie wiemy, czy zarażonych jest więcej - powiedziała
Marcinkowska.
Przy okazji
powinien otrzymać medal za wspieranie selekcji naturalnej. Jakąś przestronną
piwniczkę w stylu Fritzla i swój harem na dożywotni użytek, a także dożywotni
zakaz kontaktu z otoczeniem.
Podejrzany, który przyznał się do winy, nie potrafił
wyjaśnić, dlaczego nie powiedział partnerce o tym, że jest nosicielem wirusa
HIV. Jak stwierdził, nie wie, dlaczego tego nie zrobił. Z ustaleń prokuratury
wynika, że o tym, iż jest nosicielem, Wiesław S. wiedział od 1990 roku.
18 lat łowów i w
końcu myśliwy wpadł. Ale przynajmniej ja znam odpowiedź na jego wątpliwości w
kwestii ukrywania choroby. Jeśli połączymy taką facjatę z HIV, otrzymujemy
prosty wynik w postaci; nie porucham w tym odcinku. Poza tym nie
mógł się przyznać do udziału w konkursie wymyślonym przez Simona, ponieważ jest
to wielka „tajemnica”.
Jak dowiedziała się PAP z wiarygodnego źródła
zbliżonego do sprawy, podejrzany odsiadywał wyrok za zabójstwo, a po odzyskaniu
wolności podróżował po Polsce. Od pewnego czasu przebywał w Krakowie, gdzie
zajmował się wyrobem naszyjników i nawiązywał kontakty z kobietami.
Ten ostatni
akapit pasuje tutaj, jak końska pała do niemowlęcej dupy, więc niech będzie to
jedyny komentarz.
Z całej tej historii otrzymujemy prosty morał.
Drogie panie, na przyszłość zastanówcie się zanim popuścicie szpary poznanemu w
internecie facetowi z naturalnie rozbieganym wzrokiem i mordą kryminalisty.
Poza tym możemy roześmiać się w twarz wyznawcom
teorii mówiącej, ze; o gustach się nie dyskutuje, ponieważ wybór Wiesława na
swojego buhaja, świadczy o braku tej cechy.
Ciekawe ile z kochanek pana S. ukryje informacje o
swoim romansie z tym dowodem na to, że dymać każdy może, i będzie kontynuowało
jego żniwa??
I na zakończenie pozdrawiam wszystkich, których ta
informacja rozbawiła, a przynajmniej nie wywołała fali żałosnego współczucia,
dla skończonych szmat, które najpierw pierdolą się z każdym śmieciem, a później
liczą na współczucie i pomoc. Jedynym wsparciem, jakie należy się komuś, kto
dobrowolnie dał się przepierdolić Wieśkowi, jest plastikowa torba założona na
łeb i śmierć przez uduszenie w prezencie od państwa.
Nie będzie to wpis o skurwysynach, którzy cywilizacyjnie stoją
na poziomie średniowiecza i wylewają swoje odchody gdzie popadnie. Oczywiście takich
„ludzi” powinno topić się w ich własnych gównie, ale to inna historia. W tej
notce szambo ma znaczenie metaforyczne, a wypełnione jest skrajnym kretynizmem
w wykonaniu, to już dawno zrobiło się nudne, naszych polityków.
Poza bezapelacyjnym idiotą nr 1 polskiej polityki, czyli
prezydentem- kartoflem, pojawi się pojeb nr 2, czyli Bodek Klich, osoba
ewidentnie aspirująca do miana największego dna sceny polityczno- kabaretowej. I mówicie sobie, że znieważam głowę państwa Tylko, gdyby ta
głowa zasługiwała przynajmniej na miano dupy, to byłoby cudowne. Szczę na
ochronę prawną alkoholika, którego pierdolenie doprowadza mnie przez ostatnie
dni do ostateczności. Jeśli on ma racje, a w jego słowach i postępowaniu nie ma
śladów choroby psychicznej i życia w odrealnionym, wykreowanym przez siebie,
świecie, to automatycznie ja staje się pomiotem, ścierą i co tam jeszcze sobie
wymyślicie. Ale teraz do rzeczy…
Uff, lacha na powrót stała się miękka niczym ciasto na
pierogi i mogę wrócić do pisania, ale przyznaje, że nic nie stawia jej na baczności
tak jak nasz ogier- Ziemniaczek i jego przemyślenia.
Prezydent Lech
Kaczyński wyraził zdecydowany sprzeciw wobec decyzji prezydenta Rosji o uznaniu
niepodległości dwóch prowincji gruzińskich - Abchazji i Południowej Osetii.
Na detoks go!! Ciekawe, dlaczego nasz „oświecony’ wódz nie
kłapał dziobem, kiedy powstawał w sercu Europy burdel albańskiej mafii, czyli
Kosowo. Również była to prowincja graniczna, ale tym razem Serbii. Ale Serbia,
jako naturalny sojusznik Rosji, nie mogła liczyć na przychylność „drugiego
Piłsudskiego”.
"Takie działania,
jako całkowicie sprzeczne z prawem międzynarodowym, budzą mój sprzeciw i
potępienie" - napisał w oświadczeniu polski prezydent.
Podobnie jak sprzeczna z prawem międzynarodowym jest działalność
państwa Izrael w stosunku do Palestyńczyków, ale tutaj hipokryto nie masz nic
do powiedzenia, pomimo, iż sytuacja ta trwa od kilku dziesięcioleci i jest
poparta tonami dowodów. Ale kogo obchodzą jacyś Palestyńczycy, lepiej się nie
wychylać, bo jeszcze staniemy się „antysemitami”. Lepiej podkurwiać Rosje, co w
perspektywie zbliżających się negocjacji nt. cen gazu jest posunięciem tak
absurdalnym, jak gaszenie rafinerii pistoletem na wodę.
"Z całą mocą
apeluję do prezydenta Dmitrija Miedwiediewa o natychmiastowe wycofanie
wszystkich oddziałów rosyjskich z całego terytorium Gruzji" - napisał Lech
Kaczyński.
A ja, gdybym wierzył w boga, błagałbym go, aby oświecił
Miedwiediewa i wyjaśnił mu, że „prezydent” to tylko WIELKA pomyłka, a jego
bełkot ma się nijak do zdania obywateli. A odsunięcie go od władzy, byłoby
potraktowane jako przysługa.
W oświadczeniu
prezydent przekazał także wyrazy poparcia dla Gruzinów. "W tych trudnych
dla Gruzinów chwilach pragnę zapewnić o niezachwianym wsparciu Polaków dla
narodu gruzińskiego" - napisał L.Kaczyński.
Mów kurwa za siebie, pierdole ludzi, którzy sami
zaczynają woje, która siłą rzeczy muszą przejebać z kretesem.
A teraz pora na 2 gwiazdę naszego cyrku, finansowanego z
budżetu.
Minister obrony
narodowej Bogdan Klich oświadczył, że Polska może wysłać swych żołnierzy do
Gruzji w ramach międzynarodowej misji pod auspicjami UE, NATO lub ONZ -
informuje serwis dziennik.pl.
Klich, jeśli masz dzieci, wypierdol je do Iraku,
Afganistanu, nawet do zajebanej Korei Północnej. To samo zrób z bachorami
reszty swoich kolesi POjebów. I dorzuć do tego każdego polityka, który zgodził
się na „wyzwalanie” Iraku i Afganistanu”, razem z rodzinami. Pobierzcie broń,
amunicje, krzyże, wodę święconą i kapelanów, a na końcu ruszcie na krucjatę
przeciwko złu. Średnia IQ Polaków wzrośnie i wreszcie ten kraj oczyści się z
szumowin, które jako koryto wybrały sobie sejm, a jako rozrywkę zawody na
najgłupszą decyzje.
Jak jednak ocenia
Klich, taka misja jest na razie "mało realna", choć, jak zastrzega,
wcale nie niepotrzebna".
Jest mało realna, ponieważ inne państwa stąpają po ziemi, a
nie fruwają gdzieś pomiędzy rozmodleniem, a stymulowaniem popędu płciowego,
poprzez sprawowanie władzy. Oczywiście Polska, jako największa cierpiętnica wszechświata
pierwsza wyśle wojsko, gdy zajdzie taka potrzeba, a wszystko dzięki obłąkaniu
prezydenta i wsparciu, jakie otrzymuje od ludzi pokroju Klicha…
Podsumowując te doniesienia pozostaje jedynie kupić flaszkę wódki
i wyjebać za jednym zamachem z życzeniem śmierci dla Leszka i Bodka.
Smutne nastały czasy, a nam przyszło w nich żyć. Ale z
drugiej strony jesteśmy kowalami własnego losu i to ludzie ogłupieni
pierdoleniem o Irlandii wybrali sobie takich a nie innych „polityków”. Ludzi,
którzy gdyby poświecić na to chociaż minutę, już kiedyś „rządzili”, albo
nazywając to po imieniu, odpierdalali żenadę.
I nie, żebym jakoś specjalnie lubił Rosje, a dokładnie rosyjską
politykę i jej stosunek do świata. Bo chronić ostatni niezależny od Rosji
rurociąg to jedno, a wspierać Saakaszwilego, którego mania wielkości przypomina
tą w wydaniu Kaczyńskiego, to drugie. Po prostu rzygam już tym wszystkim, a zwłaszcza
bezczynnością jakiejkolwiek opozycji.
Budynek
dworca z elewacją ze szlachetnego kamienia, niestety, upstrzoną szyldami. W
środku nic z elegancji, podłoga z lastryko, latają gołębie, jakieś budki i kasy
po prawej (PKP PR) i lewej (IC). Oczywiście dłuższa kolejka do tych pierwszych,
choć jedne i drugie sprzedają wszystkie bilety. Ale nie tylko kasy mieszają
podróżnym w głowach. Wyświetlacze nie różniące się kolorami czcionki dla
odjazdów i przyjazdów utrudnią orientację. Poza tym mimo teoretycznych
możliwości nie są wyświetlane pozycje "przez". I tak mój pociąg
oznaczono jako Poznań, nie pisząc nic o Krakowie, przez który jedzie. Nie
zawsze zachowana jest kolejność czasowa odjazdów/przyjazdów pociągów,
zapowiedzi przez megafony słabo słychać, są miejsca, w których w ogóle nie
można zrozumieć wydobywających się z nich odgłosów. W hali i w części peronu 1
przy budynku brakuje plakatów z rozkładem jazdy. Na dodatek pociąg z Kijowa
zapowiedziano jako z Przemyśla. O tym, że jechał z Kijowa dowiedziałem się w
Krakowie, gdy wysiadłem z niego i o tym powiedziano.
Skoro kurwa kasy sprzedają to samo, to zamknij pysk
i ustaw się przed tą do której jest mniejsza kolejka. Wyszukiwanie problemów na
siłę to chyba jakieś hobby tego człowieka. A jeśli chcesz leczyć ludzi z ich
pojebania, to wywieś kartkę informującą, że obydwie kasy pełnią identyczną
funkcje.
Uhuhuhu kolejny „WIELKI”, wyssany wprost z dupy
problem. Nie ma kolorowych tablic informacyjnych. Ja pierdole człowieku, poproś
o eutanazje,. Albo jebnij się pod pociąg. Zazwyczaj ludzie wybierający się w
jakąś podróż wiedzą, o której odjeżdża ich pociąg i jakie stacje mija. A nawet
jeśli nie, średnio inteligentny pies potrafiłby wyczytać to ze stałego rozkładu
jazdy. Ale oczywiście dla naszego „dziennikarza” pociąg z Rzeszowa do
Białegostoku może jechać przez Wrocław.
Zarówno przed wejściem do hali dworcowej, jak i na
peronie 1 wiszą rozkłady jazdy. Każdy kto odjeżdża z innego peronu, i tak musi
obok nich przejść, choćby po to, aby zakupić bilet. Tak więc jest to kolejny
problem istniejący jedynie w głowie pana Tomasza.
Zapewne po tej błędnej zapowiedzi deszcz siarki i
ognia rozjebał się nad całym miastem i pochłonął wszystkie nierządnice.
Dojścia do
peronów są dobrze oznakowane, ale aż proszą się o odświeżenie. Trudno również
skryć się przed deszczem, bo zadaszenie ma tylko część peronu 1, na 2 to
zaledwie wąski daszek niezakrywający całej szerokości peronu. Można by
wprawdzie rozsiąść się w oddzielnej poczekalni, ale skutecznie zniechęcają do
tego jakieś szmaty leżące w kącie.
To poproś swoją matkę boską częstochowską o odświeżenie
rzeszowskiego dworca.
Biorąc pod uwagę fakt, że peron 1 i hala dworcowa to
integralna część, możemy łatwo zrozumieć jakie bzdury wypisuje autor.
Można także wnioskować, iż poczekalnia to jedynie
kąt, zajęty przez szmaty. Teraz zastanawiam się, czy w Rzeszowie nie ma
jakiegoś drugiego głównego dworca PKP…
Ulokowałam
się więc w barku "jedynka" - od numeru posesji: pl. Dworcowy 1.
Obsługa uprzejma, a "klimat" tworzy ścianka ozdobiona malunkiem
dworca kolejowego w Nowym Jorku, przypominającym, iż pół Podkarpacia przebywa w
USA. W barku nie słychać niestety zapowiedzi pociągów - więc za szybko
wyszedłem na spóźniony pociąg, ponieważ opóźnienie wzrosło. Zdążyłem więc
jeszcze zerknąć na plan miasta umieszczony przed wejściem na dworzec, był
jednak tak wyblakły, że nie sposób dostrzec na nim zarysów ulic nie mówiąc już
o ich nazwach. Ryzykowne wydało mi się również skorzystanie z usług taksówek,
na szybach których brakowało cennika.
To dziwne, bo w "cudownej" Częstochowie w ogóle niema meliny serwującej jedzenie, a mimo to pretekst do jebania Rzeszowa się znalazł.
I jeszcze ta aluzja do taksówek, z których rzekomo
miał pan autor korzystać, tylko po chuj, skoro jego pociąg już przyjechał,
ponieważ był opóźniony??
Tacy ludzie znajdują prace w ogólnopolskiej
gazecie, chyba najwyższy czas na bojkot prasy. Cały artykuł to zlepek bzdur
stworzonych na potrzebę uzasadnienia własnych tez. Wstyd Gazeto, Wstyd…
I jeśli ktoś myśli, że według mnie rzeszowski dworzec
jest ewenementem w skali kraju, to bardzo się myli. Jest on tak samo
beznadziejny, jak cała reszta budynków tego typu, jakie możemy spotkać w Polsce.
Ranking uważam za konkurs w stylu; „najmniej odrażająca plama wymiocin”.
Ale mimo to sam pomysł tworzenia takiego zestawienia
ma sens, ponieważ zwraca uwagę na problem, jakim poza chorymi rozkładami jazdy
i rozjebanymi pociągami, są właśnie dworce. Tylko po kiego chuja wypisywać
brednie, rozmijać się z prawdą i pomijać fakty?? Jeśli dla taniej „sensacji”,
to sugeruje panu Tomaszowi przeprowadzkę do redakcji „Faktu” i tworzenie
tygodniowego jadłospisu Dody…
O tym jaki jest stan polskich kolei nie trzeba zbyt wiele
mówić. Wystarczy krótka podróż pociągiem, bądź wizyta na najbliższym dworcu. Ale
mimo tego stan infrastruktury(dworce) stał się tematem w sam raz na zajebanie
sezonu ogórkowego(w którym więcej rakiet i gruzińskiego wina, niż ogórków),
przynajmniej według GW. I chwała im za zwrócenie uwagi na ten stosunkowo
przykry problem, szkoda tylko, że przy tworzeniu swojego „raportu” odjebali
kawał żenady godny „Faktu” i „Super Ekspresu”.
Z drugiej strony może być to norma związana z przeinaczaniem
faktów, dla własnych potrzeb. Tak jak to miało miejsce w wywiadzie z okazji 40
rocznicy interwencji Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Aby pokazać jakie
fakty mam na myśli, zapraszam pod ten adres: http://wyborcza.pl/1,75480,5585472,Nie_czulem_sie_okupantem.html
Znajdziemy tu następujący fragment wywiadu, który ukazuje
zupełnie nowe oblicze historii Europy, widzianej oczyma autora;
Przed inwazją gazety straszyły "Czarny
lwem" i "Srebrną wieżą" - wojną NATO z Układem Warszawskim.
- W kółko słyszałem o odradzającym się niemieckim militaryzmie. Słowo
Bundeswehra brzmiało dla mnie już prawie tak groźnie jak Wehrmacht.
Przypominano, że w 1939 roku Niemcy zaatakowali nas również z południa - i
dlatego trzeba bardzo dbać o tę granicę.
Zdradziecko nas
zaatakowali, bo w 1938 roku rozbieraliśmy Czechosłowację ramię w ramię z
Hitlerem.
Do chwili przeczytania owego wywiadu, nie miałem pojęcia, że przed II WŚ
współpracowaliśmy z III Rzeszą i że właśnie ta współpraca zaowocowała atakiem również
z południa. Jednym słowem żenada ukazująca, że niektórzy ludzie powinni poddawać
swoje publikacje cenzurze, zanim trafią one do czytelników.
Wracając do cyklu artykułów o stanie polskich
dworców chciałbym skupić się na tym dotyczącym mojego rodzinnego Rzeszowa. Jego
autorem jest, bodaj częstochowski, dziennikarz GW, Tomasz Haładyj. Pokazuje
on jak głęboko w dupie ma swoją prace i treści, jakie będzie prezentował
odbiorcy. Na kolanie pisze artykuł o rzeszowskim dworcu i zapewne bierze pieniądze,
które równie dobrze można by dać menelowi spod monopolowego.
Wal się na cyce z tą amatorszczyzną częstochowski
pismaku i podobne śmieci zanoś pod nogi pokalanej na Ciasną Górę, a nie odsyłaj
do publikacji.
Ale czego się spodziewać, poziom niektórych
lokalnych dodatków GW, w tym rzeszowskiego, to coś pomiędzy Naszym Dziennikiem,
a gazetką szkolną redagowaną przez uczniów klas I-III.
Wybierając się do Rzeszowa wyobrażałem sobie, że
jadę do miasta niebywale czystego i zadbanego, czym - jak wykazały
ubiegłoroczne badania "Gazety Wyborczej", szczycą się jego
mieszkańcy. Czar prysł, gdy przekroczyłem próg stacji Rzeszów Główny. - pisze o
rzeszowskim dworcu Tomasz Haładyj z "Gazety" w Częstochowie
A co ma kurwa dworzec do wyglądu miasta??
Po pierwsze denny dziennikarzyno mogłeś zastosować
ten sam stylu w każdym ze swoich tekstów, bo w wersji częstochowskiej nie widzę
dywagacji na temat wyglądu miasta. Wstyd ci przyznać, że poza klasztorem i
jakimś bohomazem nie macie zupełnie nic?? Po drugie, gdybyś chociaż trochę
szanował swoją prace, poświęciłbyś 20 sekund na znalezienie informacji mówiącej
o tym, kto jest właścicielem rzeszowskiego dworca.
Jak widać tzw. „dworzec” w Rzeszowie jest własnością
Krakusów. A Ci nigdy nie słynęli ze zbytniej rozrzutności w stosunku do innych miast.
Dlatego równie dobrze można podpiąć rzeszowski budynek pod Kraków, co zapewne
wpłynie na pozycje w rankingu.
Pierwsze
wrażenie, że budowla zieje smutkiem i upadkiem, nie opuściło mnie podczas
zapuszczania się w dworcowe zakamarki.
Przyjechał do pracy, czy ki chuj?? Pozostaje
podziwiać za odwagę, jaką jest przyznanie się do chęci sprzedania swego działa
zainteresowanym.
Z toalety,
która pamięta chyba wczesne lata 60., wyszedłem z zalanymi spodniami. Gdy
nacisnąłem w pisuarze przycisk do spuszczania wody, chlusnęła na mnie. WC w
stanie agonalnym. Znalazłem je bez trudu - w holu stworzony własnym siłami
napis sugerował, iż trzeba wyjść z powrotem na peron. Tam prowadził mnie już
tylko zapach - na szczęście nie smród, lecz ostra woń środków
czyszcząco-dezynfekujących. W toalecie zadziwiły mnie natomiast dwie rzeczy:
pozycja "golenie" - oczywiście własną maszynką, płatne 2,50, bo jak
poinformowała mnie babcia klozetowa zużywa się wody i zajmuje miejsce oraz
kabina "dla personelu" - nie wiedziałem, że jeszcze taki podział się
stosuje.
Odstaw chłopie te wina, to przestaniesz szczać sobie
na spodnie. Chyba, że już dostawiłeś i drgawki nie pozwalają na utrzymanie
kutasa, który zrasza moczem wszystko w promieniu 2 metrów.
Od czasu do czasu zdarza mi się korzystać z
dworcowych latryn i poza zabójczym zapachem środków do dezynfekcji, oraz
wyglądem „toalety”, rodem z obozu koncentracyjnego, żadnej tryskającej wody nie
spotkałem. A może pan redaktor odnalazł w dworcowym klopie źródło wiecznej
młodości??
Rozumiem, że „dziennikarz” chciałby golić się
wspólną maszynką, tak w ramach solidarności z bezdomnymi, narkomanami itp.
Ten kibel to oczywiście jedno wielkie bagno, ale
nawet tak oczywistej rzeczy nie potrafił w logiczny sposób wypunktować,
zawodowy dziennikarz…
Zacząłem się
rozglądać się za przechowalnią bagażu. Drogowskaz w holu, gdzie umieszczono
tylko schowki, doprowadził mnie do pomieszczenia dzielonego wspólnie przez
fryzjera męskiego, kiosk z akcesoriami GSM oraz sklepik spożywczy. Ten ostatni
okazał się przechowalnią, moja torba wylądowała na zapleczu pośród skrzynek z
pustymi butelkami.
Pretensje kierować do Krakusów, panie „dziennikarzu”.
Jak zapewne zauważyli niektórzy z Was, na blogu doszło do kosmetycznych
zmian. Nastąpiła reorganizacja kategorii, oraz porządki w linkach… Rzeczy te z
pozoru nie mają większego znaczenia, i właściwie jest to prawdą, poza drobnym
wyjątkiem. Jest nim nowa kategoria Kultura „Wyższa”. W jej ramach będę zawierał swoje przemyślenia dotyczące filmów,
książek i szeroko pojętej kultury. Czasami będą to filmy kategorii „A”, ale częściej
będę zasiadał za sterami batyskafu, schodził w najgłębsze odmęty oceanu
ludzkiej twórczości i tam, z samego dna wybierał dla czytelników prawdziwe
rarytasy, które nigdy nie powinny powstać… Tak też jest z premierowym postem tego działu, recenzją
filmu, który podobnie jak jego 3 poprzednie części na trwałe zagościł w mojej
głowie i udowodnił jak denne są gusta dzisiejszych widzów. Przed Państwem
nie(jedyna) i (nie)powtarzalna „Piła IV”!!
Po wciągnięciu 3 odsłony przygód chorego na nowotwór mózgu zbawcy
ludzkości, w którym niektórzy mogą dopatrywać się podobieństw do czczonego
przez miliardy ludzi Boga, obiecywałem sobie samospalenie przed kinami(http://mietus.blox.pl/2007/01/Pila-III.html),
jeśli nadejdzie część 4. Stety, bądź też nie, na deklaracjach się skończyło.
Czwarty epizod jakiś czas temu zagościł w kinach, a na październik AD 2008
zapowiadana jest premiera 5 części tego „arcydzieła”.
Ten film ma w sobie „coś”, co zmusza mnie do przyglądnięcia
się mu bliżej. I bynajmniej nie jest to jakaś nowa forma ukazywania ludzkiego
okrucieństwa, bo w tej kategorii „Piły” są zwyczajnym dnem i dowodem na to, że
można skończyć, zanim się zacznie.
A teraz przegląd filmu + „najlepsze” sceny, co mam nadzieje
odwiedzie czytelników od zmarnowania 90 minut życia na czas spędzony z „Piłą”.
Pierwsza
scena prowadzi nas do Sali, gdzie ścierwo twórcy „gry”, jaka toczy się
przez wszystkie części filmu jest rozbieranie na czynniki pierwsze. Już w
tej scenie możemy doświadczyć wszechwiedzy trupa. Przed swoją śmiercią
połknął on kasetę, która jest siłą napędową dla 4 części „Piły”.
Jeden
ma zaszyte oczy, a drugi usta. Zero szans na komunikacje, a łączy ich to,
ze założone na szyje łańcuchy związały ich z urządzeniem, które w każdej
chwili może przerobić ich na mięso dla Constaru. Maszyna zaczyna proces
mielenia, oni krzyczą „przestań” i napierdalają się czym popadnie. Emocje
przypominają te, które targają statystycznym człowiekiem, któremu
prezentuje się rozgrywkę partii szachów. Ostatecznie bezoki zostaje
zajebany i na tym kończy się scena.
Zostajemy
zesłani do piwnicy, gdzie odarta ze skóry kobieta jest początkiem głównego
wątku filmu, czyli przygód murzyna, który musi zmierzyć się z własnym
przeznaczeniem, co z resztą czyni przez resztę filmu.
Do
domu murzyna włamują się ludzie nasłani przez „twórcę”, który pomimo tego,
iż jest martwy aranżuje tak wspaniałą sytuacje. Murzyn znajduje w salonie kobietę,
która zaczyna być skalpowana, ratuje ją jednak z „maszyny śmierci”, a niewdzięczna
dziwka atakuje swojego wybawcę. Zabija więc pozbawioną włosów kobiecinę, a
wszystko przez nieżyjącego już człowieka.
200 kilogramowy miłośnik bicia dziwek i właściciel motelu w jednej osobie zostaje
wpakowany w urządzenie, które odrywa mu kończyny i pozbawia oczu, ponieważ
nie mógł zdecydować, których części ciała chce się pozbyć. W maszynę pakuje go murzyn, sytuacje
aranżuje, tu wielka niespodziana, nieżyjący „twórca”.
Małżeństwo
nafaszerowane strzałami. W chwili gdy kobieta zacznie je wyjmować, mąż,
który w przeszłości ją katował, umrze. Ona oczywiście wyjmuje tkwiące w
ciele przedmioty i uśmierca partnera. Sprawca tej scenki, tak kurwa
zgadliście, „twórca”.
Para
policjantów wchodzi do pokoju, gdzie na krześle siedzi lalka znana
wszystkim, którzy widzieli choćby jedną część filmu. Jej pysk eksploduje i
wypierdala wprost w twarz policjantki.
Narkoman
siedzi na krześle z nożami wbitymi w ciało. Przed jego ryjem 20 ostrzy,
jeśli twarzą odpowiedni mocno je naciśnie, wtedy się uwolni. Oczywiście
robi to, co w sposób widoczny bawi obserwującego sytuacje „twórcę”(to
retrospekcja). Ćpun postanawia się zemścić, jednak „mistrz” wykonuje skok
w bok, a Markus plącze się w drut kolczasty i w jękach zdycha.
Facet
stojący na bryle lodu musi na niej wytrzymać, ponieważ w innym wypadku
udusi się, a jego kolega zostanie usmażony na krześle elektrycznym. Murzyn
myśląc, ze postępuje słuszne wchodzi do pokoju, i wtedy okazuje, się, ze
oblał test Jigsaw’a. Zajbeuje trzecia osobę, która kontrolowała sytuacje. A
co z dwójką pozostałych, tylko chorzy twórcy tego ścierwa raczą wiedzieć.
Piękny
pokaz oprawiania zwłok i bełkot sugerujący, że to nie koniec, a „dzieło”
będzie kontynuowane.
Tak w skrócie wygląda film, na który bilet do kina kosztował
zapewne około 15zł. Powstanie jego 5 część, tym samym można uznać „Piłę” za
masturbacje, dzieło/rękodzieło będzie kontynuowane…
Przez 90 minut przewinęła się nawet jakaś fabuła, która
miała na celu wyjaśnić widzom, dlaczego „twórca” jest takim złym skurwysynem(bogiem).
Niestety, jeśli producenci zabierają się za to dopiero w 4 części, mogliby
równie dobrze przyznać, ze do film dokumentalny opisujący realizacje ich
fantazji seksualnych, a wątki „fabularne” to zwyczajna ściema.
„Piłę 4”
oceniam na…, nie kurwa, odradzam ten śmieć każdemu normalnemu, a polecam wszystkim,
którzy chcą zobaczyć jak wygląda gówno nie emitujące smrodu. Przy okazji
chciałbym podziękować reżyserowi, scenarzyście i aktorom za wniesienie w moje
życie czegoś tak wspaniałego jak „Piła”.
Aha i jeszcze słowo do właścicieli kin. Wam też należy się
ukłon za tak perfekcyjnie przeprowadzoną selekcje i wpuszczenie „Piły” do
repertuaru. Bez was wyświetlane w Polsce filmy byłyby denne, nudne i pozbawione
treści.
W ramach „zadośćuczynienia” za krzywdy, jakich doznał kościół katolicki, państwo polskie każdego roku pod pretekstem „naprawiania krzywd” przekazuje tej instytucji, za bezcen, grunty oraz nieruchomości. Wszystko w teorii wygląda pięknie, bo przecież trzeba naprawiać wyrządzone krzywdy, choćby w imię zwyczajnej sprawiedliwości, i nie trzeba stosować tu teorii chorych na religijność ludzi, myślących, ze „sługom bożym” zwyczajnie „się należy”. Polska owe odszkodowania wypłaciła już dawno temu i to z absurdalnie wysokimi „odsetkami”. Ale oczywiście nie przeszkadza to w stosowaniu argumentu „naprawiania zła” podczas rozdawania klechom budynków oraz ziemi.
Podobnie wygląda sprawa zwrotu zagarniętych po wojnie majątków i ich zwrotu w ręce prawowitych właścicieli. Również brednie na temat sprawiedliwości i naprawiania krzywd.
A teraz niech ktoś mi powie o co tu do kurwy nędzy chodzi?? Skoro w kraju władze sprawują ludzie odcinający się od PRL i wszystkiego co z nim związane, to niby dlaczego należy naprawiać zło, jakie wyrządził nieistniejący kraj?? Najprościej byłoby skierować wszystkie ofiary prosto do źródła, czyli Moskwy i mogliby tam żalić się do usranej śmierci. Wszak to chyba tam powstała pierwsza władza kraju, którego już nie ma, a którego błędy naprawiać musimy naszym kosztem.
Jednak pomińmy te dywagacje, w tej notce chodzi o coś zupełnie innego. Dlaczego, skoro nasza „cudowna” władza bierze na siebie odpowiedzialność za czyny PRL-u, „wielki” pseudo prezydent Ziemniak, czy tam kurwa Kartofel, ani nasz „irlandzki” rząd nie wysilili się na marne, pierdolone „przepraszam” skierowane do Czechów i Słowaków?? Mam rozumieć, ze żołnierze z 68 roku byli z jebanego Marsa?? I nie chodzi tu o jakieś biczowanie w stylu „Pasji”, czy błaganie o wybaczenie, ale zwykłe „przepraszam” od naszych, oświeconych inaczej, władców. Ale to oczywiście za dużo, wszak przepraszać możemy jedynie klechów i Żydów. Reszcie chuj w dupę i niech będą dumni z tego, że raczyliśmy nawiedzić ich kraj.
Za jakiś czas prezydent- klon znów wspomni o Katyniu i ignorowaniu ludobójstwa przez Rosje. I nawet jeśli skala masakry z 1940 jest nieporównywalna do 1968, to należałoby zrezygnować z polityki „przeprosimy, ale najpierw niech oni przeproszą”. Bo nie trzeba być geniuszem, aby zrozumieć, że skoro przez dziesiątki lat ZSRR/Rosja z własnych obywateli mogła robić nawóz, to nie przejmie się zbytnio „garstką” Polaków. Ale nie zawracajmy głowy tarczownikom, oni prowadzą teraz „wojnę” z sowietami i wyznaczają nowe kierunki w polityce UE. Aha no i jeszcze błagają naszego „przyjaciela”, Wujka Sama, o 20 transporterów aby móc przynajmniej stwarzać pozory bezpieczeństwa żołnierzy jakich wysłali do Afganistanu. Zapewne dlatego nie zawracają sobie głowy takimi pierdołami…
Co do Afganistanu dodam jeszcze 2 perełki.
Pierwsza z nich to stwierdzenia bodaj ministra obrony(nie dam sobie za to uciąć jaj), który oświecony, zapewne boską łaską(a może laską) stwierdził, że niektórzy są w Afganistanie z przyczyn ekonomicznych, a inni militarnych. Żeby nie było, Polska jest wśród idealistów. My mamy w dupie „brudne” pieniądze. W ogóle mamy w dupie pieniądze i walczymy tam w imię idei!!
Polska liczy na duże rabaty przy zakupie w przyszłości rakiet Patriot - dowiedziała się "Rzeczpospolita".
Przy takim poziomie negocjatorów pozostaje nam liczyć, że nie zapłacimy więcej niż 200% wartości tego gówna, która zakupimy za własne pieniądze, aby ubezpieczać „biednych” „przyjaciół”.
Dotąd USA oferowały nam je drożej niż innym krajom. Kazały bowiem pokryć koszt odtworzenia linii produkcyjnej. A wtedy bateria kosztowałaby miliard dolarów. Teraz cena może być o 10 proc. niższa, bo patrioty kupiły Zjednoczone Emiraty Arabskie i to one płacą za odtworzenie linii.
Chyba lepiej byłoby zapłacić za odtworzenie linii produkcyjnej Forda model T i za zarobione na sprzedaży tego zabytku(patrioty wkrótce również osiągną ten status) pieniądze sfinansować zakup czegoś, co może pełnić realną funkcje obronną.
Szef MON Bogdan Klich nie chce rozmawiać o konkretnych liczbach, ale potwierdza, że Polska spodziewa się zniżki na patrioty. - Liczymy na to, że jako strategiczny partner USA będziemy mogli kupić baterie Patriot z poważną bonifikatą, na przykład taką, jaką Amerykanie zaoferowali Zjednoczonym Emiratom Arabskim - mówi "Rz".
W tym przypadku określenie „idiota” jest komplementem i nobilitacją. Może ZEA zainstaluje u siebie „tarczę” i przy okazji otrzyma w darze, od społeczeństwa polskiego, ministra Klicha, jako eksponat do jebanego ZOO.
Co się kurwa dzieje w tym kraju?? Powiedzcie mi, że to nie koszmar i nie tylko ja uważam, ze „wyczyny” naszych polityków na przestrzeni ostatnich dni, to prawdziwe szambo.
Stało się. Po wielu miesiącach
prób i starań parchaci talibowie nareszcie ustrzelili 3 Polaków za jednym
zamachem, a przynajmniej podczas jednej zasadzki(jeśli kogoś interesują
szczegóły).
To ociekająca iście boskim poczuciem humoru sytuacja, bo
przytrafiła się kilka godzin po „triumfie” tarczowników(zwolenników kurwa
tarczy, jeśli jeszcze nikt ich tak nie określił, to ja w imieniu swoim
przypisuje sobie autorstwo tej nazwy i chuj w kał każdemu skurwielowi, który
będzie podważał ten fakt(o ile ma on miejsce)). Czyżby znak od stwórcy,
sugerujący, iż jego specyficznie pojęte „miłosierdzie” wycieka teraz na naszą planetę
i możemy spodziewać się innych znaków jego istnienia?? Najwyraźniej tak, czego dowodem może być głód, jaki
zaspokoił wypieczeniem sobie zawartości samolotu w słonecznej Hiszpanii. Po
ludzkich „kebabach z Grenoble” przyszła pora na iberyjskie smakołyki.
Zdarzenie jedynie zaniepokoiło PO-wskiego(bo
na pewno nie mojego) ministra obrony. Szkoda, że śmierć 3 młodych ludzi, którzy
nigdy nie powinni znaleźć się w takim bagnie, nie powoduje u niego głębszych,
niż wsadzenie palca w dupę, przemyśleń. Mógłby przynajmniej postarać się o coś
na miarę toaletowego berła, albo cukinii, ale jacy ludzie takie wnioski.
Z drugiej strony lepsze to niż deklaracje o rzekomym
łączeniu się w bólu z rodzinami i zapewnienie, że zginęli w niezwykle „słusznej”
sprawie, jaką jest walka z niechęcią do demokracji wśród plemion
zamieszkujących jakąś zarzyganą pustynie na końcu świata. Należałoby również
dodać, iż była to śmierć za „wspólną” sprawę, nas i naszych amerykańskich „przyjaciół”,
czyli walkę z „terroryzmem” i „światowe(bądź, jak kto woli GLOBALNE, takie WIELKIE
słowo postawią zapewne oklapniętą lachę jakiegoś dewianta) bezpieczeństwo”.
Dlaczego
nasza żałosna władza nie pójdzie po rozum do najbliższego toi- toia i nie
uczyni z gówna nawozu, który pomógłby ich jałowym mózgom znaleźć wyjście z tej
żałosnej sytuacji? Wtedy nie dochodziłyby nas informacje o zwiększaniu ilości
mięsa armatniego, jakie ma stacjonować w Afganistanie, w celu „zwiększenia
bezpieczeństwa”. Nie chcę nawet wiedzieć, o jaki rodzaj bezpieczeństwa
chodzi, bo nie lubię eksperymentów z narkotykami(a są one niezbędne do
osiągnięcia stanu świadomości, jaki prezentują nasi politycy). Wystarczy
jedynie przypomnieć, że niektóre części pojazdów, jakimi dysponowali(przynajmniej
na początku swojej przygody z Afganistanem) nasi wojacy, można było przebić za
pomocą procy. Należy mieć nadzieje, że „coś” z tym fantem uczyniono, ale z
drugiej strony polskie realia pozwalają zastanawiać się nad odrzuceniem tej
tezy.
Weźcie
kretyni przykład z Niemców. Fryce nie opierdalają w bawełnę. Wysłali swoje
wojska, aby wypełnić sojusznicze zobowiązania. Dokonali tego jednak w sposób
genialny. Ulokowali swoich ludzi w prowincjach, gdzie największa atrakcją jest doświadczanie
„milczącej obecności boga”, podczas oglądania pustyni. A jedyne wystrzały, to
spusty kierowane w latryny podczas masturbacji. I wszelkie słowa krytyki, oraz
sugestie o zmianie miejsca pobytu zbywają krótkim, acz treściwym „spierdalać”.
Jakiś pojeb może powiedzieć, że to „niehonorowe”, wszak
dysponują sprzętem, do jakiego nasza armia nie dojdzie nawet za 50 lat(gdzie
nasi amerykańscy „przyjaciele”??), a wolą unikać niebezpieczeństw. Zwolennikom
tej teorii proponuje wycieczkę w tamte rejony i oferowanie talibom „honorowej”
walki na szable.
Na
zakończenie, jeśli liczycie, że nazwę 3 kolejne ofiary polskiej polityki
zagranicznej kretynami, którzy dostali to na co zasłużyli, to jesteście w
błędzie. W gruncie rzeczy współczuje im i ich rodzinom, iż służyli w czasach, w
których o ich życiu decydują idioci ciągnący ten kraj na dno. Dno, które gdy
już zostanie osiągnięte, będzie natychmiast penetrowane w skutek decyzji osób,
zasługujących co najmniej na odsunięcie od pełnienia wszelkich funkcji publicznych.
Podczas tworzenia tej notki posiłkowałem się artykułami,
jakie możecie znaleźć pod następującymi adresami: